1. Wstęp dla wszystkich

Na temat komputerowego składania tekstów powstało bardzo dużo prac. Czy wobec tego można coś jeszcze dodać?

Nigdy dotąd nie przychodził mi do głowy żaden podobny pomysł, jednak po przejrzeniu kolejnej ulotki podrzuconej mi na wycieraczkę stwierdziłem, że czas zabrać głos. Tę ulotkę omówimy w kolejnych krokach.

Chciałbym od razu wyjaśnić — nie jestem zawodowym informatykiem. Nie zamierzam także reklamować oprogramowania konkretnej firmy, choć (i tu się chyba nikt nie zdziwi) większość przykładów będzie dotyczyć pracy z programem Microsoft Word i aplikacjami mu towarzyszącymi. Do tego nadal pracuję w wersji 2003 jako najbardziej przyjaznej i niepowodującej zamieszania i problemów zgodnościowych, choć zastrzegam, ze to spostrzeżenie dotyczy takiego sposobu wykorzystywania programu, jaki ja stosuję. Osoby tworzące mniej złożone dokumenty mogą tego nie odczuwać w podobny sposób.

Mój kontakt z komputerem i programami jest całkowicie konsumpcyjny. Od prawie dwudziestu pięciu lat używam komputerów do różnych celów, zawodowo i prywatnie. Jedną z gałęzi mojej działalności jest pisanie tekstów (technicznych, nie jestem literatem…). Przeszedłem już przez doświadczenia kilku wersji Worda, począwszy od 2.0. Dzięki temu miałem okazję dowiedzieć się wielu szczegółów o tajnikach tego programu, poznać wiele jego wad, śmiesznostek i nielogiczności, błędów tłumaczenia z oryginału angielskiego na język polski, itp. Ale przede wszystkim poznałem jedną prawdę:

ten wspaniały program, jak wiele innych mu podobnych, umożliwia tworzenie dokumentów wyglądających tak, jak sobie życzymy.

I paradoksalnie to właśnie jest przyczyną problemu, który chcę tu opisać.

Mieliście już w rękach książki wydane w różnych czasach. Czy zauważyliście, jak bardzo obniżył się poziom estetyki słowa drukowanego przez ostatnie, powiedzmy, dwadzieścia lat?

Spójrzcie proszę do pierwszej z brzegu książki wydanej w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Prawda, papier ohydny, prawie gazetowy, druk wcale nie jest czarny, lecz szary, litery postrzępione, ilustracje prawie w ogóle nieczytelne — czy to ma być przykład estetyki słowa drukowanego? Oczywiście, nie! te wszystkie wady książek tamtej epoki nie są przykładem dobrej typografii. Ale nie o to chodzi. Wyobraźmy więc sobie, że trzymacie w ręce książkę wydaną w tamtych „komunistycznych” czasach w jakimś kraju „drugiego obszaru płatniczego”, który nie zmagał się z ciągłym niedoborem wszystkiego, jak ówczesne polskie drukarstwo. Porównajmy ją teraz z jakąś książką wydaną już w epoce nowoczesnego składu komputerowego przez jedno z licznie powstałych w ubiegłych latach wydawnictw (poza tymi, które zdobyły sobie zasłużoną renomę). Może nie ma czasu na drobiazgową analizę porównawczą, uwierzcie mi więc na słowo, że ta nowsza książka prawie na pewno narusza mnóstwo kanonów sztuki drukarskiej, które

kształtowały się przez około pięćset lat!

Czy to źle, że naruszają te zasady? Tak, i to bardzo.

Można stwierdzić, że ostatnio nastąpiło „zachłyśnięcie” się łatwością składu tekstów, jaką wprowadziło stosowanie komputera i współczesnego oprogramowania edytorskiego. No cóż, kiedy instalujemy taki program w komputerze, objawia on nam po uruchomieniu szereg ustawień domyślnych, z których część jest dziełem nie praktyków danej dziedziny, lecz speców od… marketingu (przykładowo: do czego w Wordzie przydatne jest szerokiej publiczności posiadanie na podstawowym pasku narzędziowym przycisku do formatowania tekstu w szpalty, jak w gazetach? Odpowiedź: na prezentacjach Microsoft robi to olbrzymie wrażenie, gdy po jednym kliknięciu cały wprowadzony tekst przekształca się w układ wieloszpaltowy).

Każdy z nas kiedyś zawierzył twórcom programu edytorskiego, iż należy pracować z owymi domyślnymi ustawieniami, bo nie wiedzieliśmy, że powinno być całkiem inaczej. A co z tego wynika:

  • większość tekstów jest pisanych czcionką kroju Times New Roman (ewentualnie z dodatkiem „CE”) o wysokości 12 punktów, z odstępem międzywierszowym półtorakrotnym,
  • jeśli nie Timesem, tekst prawie na pewno jest złożony Arialem (jeśli dotrwamy do dalszych części „pogadanki”, znajdziemy tam pewien ciekawy przypadek użycia tego kroju),
  • większość tekstów jest wyrównanych do lewego i prawego marginesu, czyli wyjustowanych, nawet gdy nie ma to żadnego uzasadnienia i jest wręcz katastrofalne dla wyglądu gotowego tekstu,
  • większość tekstów składanych Wordem nie zna dzielenia, czyli przenoszenia wyrazów (a przecież — czy widział ktoś profesjonalną książkę, broszurkę czy gazetę, gdzie nie stosuje się dzielenia wyrazów? Wyjątek dotyczy książek i czasopism dla małych dzieci, w nich wyrazów się nie przenosi),
  • przy wyliczeniach zawsze na pierwszym miejscu pojawia się sławny „kwadracik”: ■, zamiast tradycyjnych, przyswojonych od dawna znaków, jak choćby pauzy zastosowane w tym fragmencie,
  • prawie zawsze w tekstach można znaleźć tylko jeden rodzaj kreski poziomej: tę z klawisza na prawo od zera, czyli „-”. A teraz niech nikt nie spadnie z fotela: w rzeczywistości istnieją cztery takie znaki! Oto one: łącznik zwany dywizem, minus arytmetyczny, półpauza i pauza.
  • w tekście roi się od „tłustych” liter oraz podkreśleń, bo przecież tak łatwo kliknąć narzędzie oznaczone literką B albo I.

W rezultacie wręcz masowo powstają dokumenty wyglądające okropnie.

Jeśli już użytkownik programu edytorskiego przekroczył barierę zmiany czcionki, a może też potrafi używać dodatku do tego programu w rodzaju mikrosoftowego WordArt, tworzy teksty zawierające po kilkanaście różnych krojów stylów, kolorów lub form przebiegu pisma na jednej stronicy tekstu. Wprowadza tym samym do historii sztuki nowy styl eklektyzmu.

Oto rekonstrukcja kartki, która wisiała na tablicy ogłoszeń przy wejściu do budynku, w którym mieszkałem:

klucz

A nam wydaje się, że dostępność komputerów to prawdziwa wolność i że tak właśnie życzymy sobie, by wyglądał tekst drukowany. Przecież niby jest i tak o wiele lepiej, niż wyglądałby tekst uwieczniony na papierze za pomocą maszyny do pisania…

Czyżby lepiej? To wszystko naprawdę niczym nie różni się od powszechnie krytykowanej w poprzedniej epoce „nowomowy”.

Bo pomyślmy: przez setki lat wypracowano pewne tradycje, które zostały przyjęte, gdyż okazały się praktyczne, czytelne, wygodne, estetyczne itd. Nagle wszyscy kupiliśmy sobie bezrozumne maszyny, które zamiast stać się narzędziami w naszych rękach, zaczynają kierować naszym postępowaniem. W ten sposób niweczymy tradycję, a w zamian zalewamy otoczenie potokiem szmiry. Tak samo właśnie czynili twórcy i użytkownicy „nowomowy”; nie mogę powstrzymać się od uwagi, że dokładnie to samo czynią wszyscy młodzi ludzie „szpanujący” na co dzień angielskojęzycznymi makaronizmami, których niemało spotykam w mojej pracy.

Ale to już nie należy do tematu.

Oczywiście, muszę usprawiedliwić prawie wszystkich zwykłych użytkowników programu Word czy StarOfce. Przecież rozpowszechnieniu maszyn i programów edytorskich w najmniejszym stopniu nie towarzyszyło upowszechnienie zasad estetycznego i czytelnego składu tekstów. Ostatni podręcznik użytkownika programu Word (który dla mnie był czymś bardzo pouczającym) ukazał się wraz z wersją nr 2. Od tego czasu w naszych księgarniach pojawiło się wprawdzie mnóstwo podręczników dotyczących obsługi tego programu, dobrych, kiepskich i wręcz wspaniałych, ale — zawsze trzeba na nie wydać dodatkowe kilkaset złotych. Poznałem ich wiele i mogę stwierdzić, że zwykle uczą one po prostu obsługi programu (i to często ze wszystkimi szczegółami, o których skądinąd nie można się dowiedzieć) albo pomagają pokonać strach przed komputerem i programem edytorskim (serie … dla opornych itp.). Czego więc tym podręcznikom brakuje?

Jednej rzeczy:

nie pomagają prawie w ogóle w nauczeniu się składania tekstów w taki sposób, o jaki mi chodzi:

estetycznie, czytelnie, komunikatywnie i bez pstrokacizny. A pokonanie tendencji do łatwizny oraz złych nawyków estetycznych — raczej chyba ich braku w ogóle — wynoszonych ze szkół wcale nie jest łatwe. Tymczasem odkąd te niesamowicie sprawne cyfrowe „maszyny do pisania” pojawiły się w naszych domach, zaczęliśmy wszyscy tworzyć za ich pomocą teksty. Prace dyplomowe, projekty (to mój przypadek zawodowy), ogłoszenia, gazetki ścienne, ulotki reklamowe i wiele innych. To naprawdę wspaniale, ale dopóki nie opanujemy choćby podstawowych zasad tworzenia dokumentów czytelnych i miłych oku, raczej szkodzimy kulturze dnia codziennego, niż ją pozytywnie kształtujemy.

Dalej:  2. Wstęp dla zmuszonych siłą do korzystania z komputera

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Oto witryna przedstawiająca różności z mojego życia zawodowego i prywatnego, w tym bieżące działania i możliwości twórcze, jakich nabyłem w trakcie ponad dwudziestu lat pracy zawodowej. Moim zawodem jest telekomunikacja radiowa, a moim „narzędziem pracy” jest informatyka stosowana.

%d blogerów lubi to: