3. Przegląd bylejakości

Muszę wyrazić żal, że nasze otoczenie, odmiennie od otoczenia ludzi w wielu innych krajach, obfituje w bylejakość. Tak bardzo obfituje, że — wiem to także po sobie — mamy po prostu wszczepione od dziecka „byle jakie” kryteria oceny wyglądu wszystkiego, co oglądamy . Nie potrafimy spojrzeć krytycznie na wszystkie szczegóły, patrzymy syntetycznie i uśredniamy. A średnio —

jakoś niby da się to wszystko przeczytać…

tania odziez.jpg

W tym miejscu porozmawiamy nie tyle o tym, jak składać teksty przy użyciu komputera, co raczej jak tego nie robić. Niech wybaczą mi wszyscy twórcy tych produktów, które posłużyły mi jako ilustracje bylejakości, nie wyśmiewam się z nich, a ich wytwory przytaczam tu z pewnością w pożytecznym celu.

Zacznijmy więc od dokumentu, który już raz został tu wspomniany. Pewna ulotka rzucona na wycieraczkę przed moim mieszkaniem przyczyniła się ogromnie do tego, że w ogóle rozmawiamy o jakości dokumentów. Wyglądała tak, jak na rysunku:

Moim zdaniem, poza samą treścią, do której właściwie nie można mieć żadnych zastrzeżeń, w tym druku (to jest druk ulotny, czyli akcydens) od strony estetyki, zasad typografii, poszanowania klienta itd. — wszystko jest źle. Naprawdę wszystko. Przeanalizujmy to po kolei.

Już na pierwszy rzut oka widać chaos w rozmieszczeniu treści. Sam nie wiem, co o tym sądzić: z jednej strony autor zna Worda na trochę wyższym poziomie — winietę złożył za pomocą dodatkowego programu WordArt, z drugiej strony dużo wskazuje, że reszta treści składa się z… pól tekstowych. To także świadczyłoby o nieco wyższym niż początkujący stopniu wtajemniczenia autora. Ale dlaczego od razu pola tekstowe?

Chyba dlatego, że całość treści wydawała się łatwiejsza do rozmieszczenia na płaszczyźnie strony. Wydawała się, ale nic z tego nie wyszło. Przeciwnie, jest gorzej, niż gdyby autor nigdy nie słyszał o polach tekstowych. W dalszych rozdziałach nauczymy się opanowywać ich użycie, na razie kontynuujemy analizę bylejakości. Od góry do dołu.

Stosowanie dodatku WordArt do formatowania winiet nie ma w sobie niczego złego. Proszę jednak przyjrzeć się odstępowi między pierwszym a drugim słowem. Tak, jest przynajmniej podwójny. Oczywiście może zdarzyć się sytuacja, w której użycie dwóch odstępów będzie usprawiedliwione, jednak tutaj nie jest. Dlaczego wobec tego między drugim a trzecim słowem jest odstęp pojedynczy? Powstała rażąca asymetria w rozkładzie wyrazów, i to z pewnością nie stanowiło zamierzonego „efektu artystycznego”. Zgodzimy się chyba wszyscy, że oba odstępy międzywyrazowe winny być tej szerokości, co między drugim a trzecim wyrazem.

Idźmy dalej.

Wzrok czytającego opuszcza się po przetworzeniu treści winiety, od razu napotykając nużącą pustkę: dlaczego aż tyle miejsca pozostawiono pod łukiem, jaki tworzą słowa winiety? „Nowo otwarty sklep” aż podskakuje z chęci, by wejść nieco wyżej. No a dlaczego ta linia nie jest wyśrodkowana w poziomie?

Jak już omówiliśmy, prawdopodobnie autor zastosował pola tekstowe, nie umiał się z nimi jednak prawidłowo obchodzić. Aby poprawnie rozmieścić w Wordzie takie elementy, jak pola tekstowe czy grafikę, należy wejść nieco głębiej w rozmaite opcje przedstawiane na licznych polach dialogowych tego programu.

Tutaj czas na pochwałę: „Nowo otwarty” a nie „Nowootwarty”, jak napisałaby znaczna część piszących taki tekst. Tak, tylko taka pisownia jest poprawna.

Ponieważ od czasów szkolnych Czytelnika minęło x lat przypomnijmy sobie, że ‘nowo’ jest przysłówkiem, a ‘otwarty’ imiesłowem (tak, nie przymiotnikiem!). Takie połączenie każdy słownik ortograficzny nakazuje pisać oddzielnie.

Na podobne pułapki szczególnie podatni są moi koledzy technicy i inżynierowie, w wielu bowiem dziedzinach techniki bardzo często aż się prosi o nazwanie pewnych cech za pomocą jednego wyrazu; tak powstają określenia w rodzaju ‘wolnostojący’, ‘trudnodostępny’ itp. Wszystkie są równie błędne
Podobna pochwała będzie należała się autorowi za dwie linijki: napisał „super jakość” a nie „superjakość”, co także jest często spotykane. W ogóle ortografia w naszym społeczeństwie to wielki problem sam w sobie. Ale tutaj będziemy się nim zajmować na tyle tylko, na ile będzie to nam potrzebne przy tworzeniu estetycznych dokumentów.

Następne dwa wiersze naszej ulotki tworzą oczywiście jedno zdanie, ale przecież łatwo odnajdziemy w nim dwie myśli. Pierwsza z nich to zaproszenie: sklep „poleca odzież używaną z Francji”, druga myśl to rodzaj towaru: poleca odzież „damską, męską, dziecięcą i młodzieżową”. Rozbicie na dwie myśli nie byłoby tak istotne, gdyby autor nie został zmuszony do przełamania wiersza na dwa. W akcydensach to rzecz normalna.

Autor popełnił tutaj błąd, zmieszawszy dwie myśli w pierwszej linijce. Bez wątpienia to zdanie należało podzielić w ten sposób:

poleca odziez

Czytelnicy przyznają chyba, że słowa „z Francji damską” nie stanowią szczęśliwego sąsiedztwa. Tak jak wyżej wypada o wiele logiczniej. A najbardziej logicznie i zgrabnie byłoby napisać: „odzież importowaną z Francji”, w ten sposób uniknięto by zarzutu, że „używaną z Francji” też nie jest dobrym zestawieniem.

Ponieważ krytykanctwo jest jedną z cech, którą człowiek rozwija w sobie z przyjemnością, wierzę, że łatwo już wychwycimy podwójną spację przed słowem „dziecięcą” w drugiej linijce, prawda?

Podobny błąd polegający na nielogicznym podziale treści między wiersze odnajdujemy piętro niżej. Słów „nowy” i „gatunek” nie należało rozdzielać! Przecież wszystko zmieściłoby się bez problemu w dolnym wierszu. Wydaje mi się jednak, że na chwilę trzeba zawiesić nasze krytykanctwo i zastanowić się, dlaczego autor postąpił tak, jak postąpił.

Przyznajmy się przed sobą, że na jego miejscu prawdopodobnie popełnilibyśmy podobne błędy (a może niezgrabności), warto więc zrozumieć mechanizmy ich powstawania.

Chyba było tak, że w autorze starły się dwie chęci: wykorzystania „pojemności” jednego wiersza do końca i uniknięcia dzielenia wyrazu (w tym przypadku dotknęłoby to słowo „gatunek”). Dlaczego jednak nie chciał dzielić wyrazu? Zapewne dlatego, że użył pól tekstowych (hipoteza z polami tekstowymi w tym dokumencie potwierdza się coraz bardziej), i to osobnego dla każdego wiersza.

W takim przypadku musiałby górne pole zakończyć czymś takim: „GA-” albo „GATU-”, a dolne rozpocząć od „‑TUNEK” lub „‑NEK”. Bardziej naturalne było zrobić tak, jak na reprodukcji. Nie ma łatwego sposobu na dzielenie wyrazu z automatycznym przeniesieniem drugiej cząstki do innego pola tekstowego. A w ogóle o przenoszeniu wyrazów w dokumentach komputerowych porozmawiamy przy innej okazji.

Kolejnym błędem w tym zdaniu jest inne rozstrzelenie obu wierszy niż wierszy poprzedzających. No tak, stwierdziliśmy już, że rozmieszczanie pól tekstowych w dokumencie nie jest takie proste… A to, co wyszło razi, prawda?

Dlaczego całe zdanie znów nie jest wyśrodkowane w poziomie? Właśnie. Gdyby wiersz ze słowami „GATUNEK, NOWE CENY” znalazł się tam, gdzie powinien, czyli w podobnej odległości jak odstęp międzywierszowy poprzedniego zdania, byłoby ładniej. Pod warunkiem oczywiście, że następny wiersz (mówiący o tym, że trzeba sprawdzić, bo naprawdę warto) zostałby tam, gdzie jest.

Tak dzięki tej ulotce doszliśmy do problemu interlinii; omówimy go jednak później. Na razie zapamiętamy:

Interlinia to pionowy odstęp między wierszami w dokumencie.

W przypadku maszyn do pisania najczęściej można było ustawiać interlinię na jedną, dwie lub trzy „kreski”, co oznaczało uzyskanie odstępu podstawowego (linie tekstu były odsunięte z minimalnym tylko światłem), dwukrotności albo trzykrotności odstępu podstawowego.

W składzie komputerowym możliwości operowania interlinią są nieskończenie bogatsze, niż przy maszynopisie. Może Czytelnik zdziwi się, ale są to możliwości nawet o wiele większe niż w przypadku tradycyjnego drukarstwa wykorzystującego skład ołowiany. A to jest często przyczyną niedopuszczalnych błędów w stosowaniu interlinii.
Następna linijka naszego tekstu ma, zdaje się, wybitnego pecha. Bo tak: zamiast „sprawdź” wyszło „sprawdż” (‘z’ z kropką), potem zamiast przecinka autor wstawił podwójną spację, zapomniał o ogonku pod ‘ę’ na końcu słowa „naprawdę”, dał po zdaniu trzy wykrzykniki, co jest już amatorszczyzną najwyższego rzędu, a do tego oddzielił spacją pierwszy wykrzyknik od poprzedzającego go słowa.

Aby więc to wszystko poskładać i nikt nie miał wątpliwości, napiszmy ten wiersz poprawnie:sprawdz.jpg

Posłużyłem się tym samym fontem komputerowym co w pierwowzorze: Glow-Worm; twórcą tego kroju był Bogdan Żochowski, a zaprojektował go na potrzeby firmy Mecanorma do jej folii transferycznych czyli „wyciskanych”. Jako font komputerowy krój ten może nosić także inną nazwę, proszę więc z góry o zaniechanie zarzutów o rozpowszechnianie nieprawdy…

Autor ulotki miał chyba pewne kłopoty z uzyskiwaniem polskich znaków. Może się mylę, ale sądzę, że po prostu nie trafił w klawisz przy słowie „sprawdź” — nacisnął Z zamiast X (przy wciśniętych Shift, Ctrl i Alt). Nie chce mi się wierzyć, że nie znał sposobu uzyskania litery ‘ź’ i posłużył się ‘ż’, przecież nie wydaje się początkującym użytkownikiem Worda, prawda?

Jeśli chodzi o brak ogonka w słowie „naprawdę”, nie wiem, co o tym sądzić. Może to pośpiech… A może jednak kłopot z ortografią?

Dlaczego jednak autor ulotki miał wciskać aż cztery klawisze, by uzyskać duże ‘Ź’?

 Chyba trzeba parę rzeczy przypomnieć:

W systemach operacyjnych Windows i większości pracujących pod ich kontrolą programów edycyjnych uzyskujemy polskie znaki diakrytyczne poprzez równoczesne naciśnięcie klawiszy CTRL i ALT oraz jednej z liter bez „ogonka”. I tak dla uzyskania poszczególnych znaków należy użyć liter:

ą        —         CTRL+ALT+a
ć        —         CTRL+ALT+c
ę        —         CTRL+ALT+e
ł         —         CTRL+ALT+l
ń        —         CTRL+ALT+n
ó        —         CTRL+ALT+o
ś        —         CTRL+ALT+s
ż        —         CTRL+ALT+z
ź        —         CTRL+ALT+x

Lista jest bardzo intuicyjna, tylko początkujący mają czasem problemy z ‘ź’ (‘z’ z kreską), czasem przypadkowo naciskają x i otrzymują to, co chcą, czasem stwierdzają, że widocznie ‘ź’ nie ma w komputerze i trzeba napisać ‘ż’ z kropką…

Na szczęście nie jest tak, jakby wynikało na pierwszy rzut oka: nie trzeba naciskać równocześnie aż trzech klawiszy. Jeżeli tego jeszcze nie wiemy, warto zapamiętać, iż na klawiaturze komputerowej znajdują się dwa klawisze oznaczone ALT — na lewo i na prawo od podłużnego klawisza spacji, czyli odstępu. Naprawdę jednak tylko ten lewy jest prawdziwym „altem”, ten prawy to dla większości programów odpowiednik jednoczesnego naciśnięcia CTRL i lewego ALT. Często określa się go jako Alt Gr, co pozwala odróżnić oba, wydawałoby się, jednakowe klawisze.

Tak więc do uzyskiwania polskich znaków diakrytycznych wystarczy użycie dwóch klawiszy, przynajmniej dla małych liter. W przypadku dużych liter do kompletu dochodzi użycie klawisza Shift, który w czasach maszyn do pisania był nazywany swojsko zmieniaczem.

No i oczywiście w przypadku dłuższych fragmentów z pewnością opłaca się użycie klawisza Caps Lock (zrobiłem to właśnie przed chwilą), którego rolą jest zablokowanie (lock) klawiatury w pozycji dużych liter (capitals albo slangowo caps). Prawda, że maszyny do pisania też miały coś takiego?

Tak to jest z tymi „ogonkami”. Zdaje mi się jednak, że do problemu uzyskiwania polskich znaków musimy niedługo powrócić. Nawet pisząc te słowa zauważam jak często należy sięgać w polskich tekstach albo do owego prawego klawisza ALT albo do zmieniacza („szyfta”). Coś musimy na to poradzić. Teraz wróćmy do analizy.

Następna linijka używa nazwy sklepu i podaje jego adres. Nazwę sklepu: „Tania odzież używana” zauważamy dopiero po wczytaniu się w tekst — nie jest przecież w żaden sposób wyróżniona. Wszelkie zasady nakazują to zrobić, albo poprzez ujęcie w cudzysłów, albo przez zastosowanie pisma pochyłego (tego jednak nie można tu zastosować, skoro cały ten fragment już stosuje takie pismo), można sobie wyobrazić jeszcze inne sposoby zaznaczenia, iż chodzi o nazwę własną. Ale trzeba to jakoś zrobić.

Dotarliśmy do adresu sklepu. Wprawdzie na reprodukcji powyżej został on celowo uczyniony nieczytelnym, musiałem jednak odkryć kilka liter, by pokazać zmianę: autor złożył adres innym krojem pisma (rozpoznaję w nim letrasetowski krój Revue). Dlaczego? Nie wiadomo — „bo tak”? Choć Revue ma swoje zalety, nie widzę żadnego racjonalnego powodu, by w tym miejscu (w trakcie trwania wiersza!) zmieniać krój pisma, a do tego na tak ozdobny, jak właśnie Revue. Oto próbka adresu złożona tym krojem:

pana-kleksa.jpg

(w moim mieście jest taka ulica). A oto tekst złożony krojem Eras, znanym też pod „korelową” nazwą Erie, w wersji pochylonej, a więc taki, jaki w większości tekstu stosuje autor ulotki:

nowy gatunek.jpg

Czy było celowe wprowadzanie do druku nowego kroju pisma tylko po to, by wyróżnić tak krótki fragment, do tego nieposiadający swojego i tylko swojego wiersza? Za jakiś czas porozmawiamy o stosowaniu w jednej publikacji różnych krojów i odmian pisma, na razie przyjmijmy, że to, co zrobił nasz autor, to jeszcze jeden przejaw amatorskiego podejścia do składu tekstu. Wprawdzie w publikacjach akcydensowych można próbować uzasadniać stosowanie składu wyłącznie z użyciem wielkich liter, czyli wersalikami, jednak dotyczy to raczej afiszów. Ulotka tej wielkości, jak omawiana (oryginał jest formatu zbliżonego do A5) byłaby o wiele przyjemniejsza w odbiorze, gdyby jej tekst został złożony dużymi i małymi literami, czyli „normalnie”.

A dlaczego większość tekstu jest pisana pochylonymi literami? Nie zdarza się często, by takie litery wnosiły jakiś szczególny efekt artystyczny, nie przyczyniają się też do zwiększenia czytelności. Owszem, stosowanie kursywy jest uzasadnione, ale w takich fragmentach, gdy służy to podkreśleniu, uwypukleniu pewnych słów. Albo w cytatach w obcych językach. Albo jako zamiennik pisania tytułów w cudzysłowie.

Ale tutaj?

Pomijając już głębsze rozważania na temat braku wyśrodkowania (dotyczy to wszystkich wierszy ulotki, może z wyjątkiem ostatniego), przejdźmy dalej. Kolejna linijka pokazuje nagminny błąd, spotykany także w moim otoczeniu, wydawałoby się, zaawansowanych użytkowników komputerów. Proszę zauważyć, że po nawiasie otwierającym oraz przed zamykającym autor ulotki umieścił po jednej spacji.

Niepotrzebnie!

Treści umieszczane w nawiasach nie mogą być otaczane żadnymi dodatkowymi spacjami. Dotyczy to zarówno zwykłych nawiasów okrągłych ‘(’ i ‘)’, jak i nawiasów kwadratowych ‘[’ i ‘]’. Przy tej okazji zastanawiam się, dlaczego w epoce maszyn do pisania, gdy w roli jakiegokolwiek nawiasu stosowało się prawie zawsze ukośnik ‘/’, nikomu nie przychodziło do głowy wstawianie wewnątrz nawiasu żadnych dodatkowych spacji?

Pamiętajmy: nawiasy zawsze sąsiadują z treścią, którą w nich umieszczamy, spacje w tym miejscu są intruzem.

Kolejny wiersz, złożony najwyższymi literami z całej ulotki (poza winietą), oznajmia datę otwarcia sklepu. Do czego tu się przyczepić? Hm, wyśrodkowanie pomińmy, ale mamy dwie spacje po słowie „otwarcie”. Zdaje się, że autor miał wrażenie, iż data tylko wtedy będzie czytelna, gdy „oddali” się od poprzedzającego wyrazu. Ja dałbym autorowi inną radę: data byłaby czytelniejsza, gdyby złożył ją po prostu w ten sposób:

6 maja 201X r.

Od końca lat siedemdziesiątych zapanował nieznośny chaos z datami. Mam na temat powodów tego bałaganu swój pogląd, ale ważne jest w naszej historii, że stanowi on kolejny krok w odczłowieczaniu wszystkiego, co przeznaczone dla człowieka. Będziemy jeszcze rozmawiać o datach zapisywanych w tekstach.

Zanotujmy więc, że nasz autor, chcący przecież dotrzeć z wiadomością o swoim nowym sklepie do szerokiego grona odbiorców, pogubił się w myśleniu marketingowym i zamiast komunikatywności zastosował nawyk dyktowany mu przez panoszący się język „urzędniczy” — zasypał nas ciągiem cyfr.

Ile czasu trzeba przeciętnemu czytelnikowi na odcyfrowanie daty 06.05.200X? Przecież klientami sklepu z tanią odzieżą mają być zapewne także osoby starsze, do których trzeba przemawiać szczególnie jasno.

Tego rodzaju „przewinienie” — stosowanie na siłę zapisu nieludzko sformalizowanego, popełniamy wszyscy i nagminnie. Także ja (biję się w piersi). Czas jednak na analizę następnego wiersza.

W wierszu o rabacie nie ma się do czego przyczepić (już chciałem pisać o braku wyśrodkowania, ale postanowiłem nie… ). Nawet jestem wdzięczny autorowi, że użył słowa „rabat”, bo większość napisałaby „20% upustu”.

Tymczasem:

Słowo „upust” panoszy się przynajmniej od czasu, gdy przestały królować zarządzane odgórnie przeceny i zapanowały normalne relacje sprzedający — klient.

Dlaczego aż „panoszy się”? Bo naprawdę w naszym języku istnieje w tym znaczeniu jedynie słowo OPUST. „Upust” może dotyczyć właściwie praktyk dawnych medyków (upust krwi), nie znajduję innego zastosowania.

Jeśli więc mamy z tym kłopoty, lepiej używać słowa „rabat”, choć to makaronizm, i to dosłownie.

Właściwie dostrzegam w tym wierszu jeszcze jeden pozytyw: proszę zauważyć, że napisano „20%”. Nie „20 %” ze spacją, tylko właśnie tak jak powinno być w zapisie liczb procentowych. Proszę nie wyciągać stąd wniosku, że na przykład tekst „odległość 100m” jest poprawny —

nie jest poprawny!

Musi być zawsze „100 m”, tym razem spacja jest obowiązkowa (wrócimy do tego ). Powtarzam: obowiązkowa. Różnica polega na tym, że znak procenta nie jest symbolem jednostki miary, ale raczej operacji matematycznej — dzielenia przez sto. Natomiast literka ‘m’ z mojego przykładu to skrót jednostki miary i musi być oddzielony od liczby spacją. To jednak wymaga głębszego omówienia, przenieśmy więc problem do innego rozdziału. Teraz wypada cieszyć się, że autor ulotki jednym wierszem swojego tekstu potrafił dać nam aż dwa pozytywne przykłady. Nie miałem więc racji, kiedy napisałem, że w tej ulotce wszystko jest źle.

Uff, dobrnęliśmy do ostatniego wiersza. Ten przynajmniej jest wyśrodkowany, choć zapewne przypadkiem. Autor ulotki tym ostatnim wierszem narobił nam jednak nieco kłopotu. Już myślałem, że mogę odejść od klawiatury i nieco odpocząć po takiej lawinie wygłoszonej krytyki, tymczasem widzę: problem myślnika — jak złoto!

Myślnikowi i podobnym znakom poświęcimy oddzielny rozdział. Tymczasem zapamiętajmy:

Komputer nie jest maszyną do pisania!

Co będzie do udowodnienia.

Dalej: Myślnik i jego bracia, czyli proste rzeczy są trudne

Poprzednio: Wstęp dla zmuszonych siłą do korzystania z komputera

Oto witryna przedstawiająca różności z mojego życia zawodowego i prywatnego, w tym bieżące działania i możliwości twórcze, jakich nabyłem w trakcie ponad dwudziestu lat pracy zawodowej. Moim zawodem jest telekomunikacja radiowa, a moim „narzędziem pracy” jest informatyka stosowana.

%d blogerów lubi to: