10. Dobry tekst – zasada pierwsza: nie rozkoszować się mnogością krojów pisma

Na „pierwszy ogień” pójdzie umowa notarialna.

Dokument reprodukowany na rysunku poniżej powstał ładnych kilka lat temu. Autor wręcz zafascynował się możliwościami kształtowania tekstu, jaki daje używanie rozmaitych krojów i odmian pisma. W przeciwieństwie do maszyny do pisania, komputer daje przecież o wiele większe możliwości uwypuklenia pewnych fragmentów tekstu.

umowa

W rezultacie powstał chaotyczny dokument, rażący swoją amatorszczyzną. Można śmiało stwierdzić, że taki dokument w ogóle nie pasuje do celu, dla którego powstał — zamiast dodawać powagi czynności notarialnej, ośmiesza kancelarię w oczach czytelnika tego aktu notarialnego.

Zdaje się jednak, że i sama pani rejent doszła do tego wniosku. Oto bowiem po kilku latach zaczęły z jej kancelarii wychodzić dokumenty o wiele bardziej poprawne — komunikatywne, poważne i znacząco bardziej estetyczne, właśnie dzięki brakowi barokowego chaosu w doborze środków wyrazu. Porównajmy na rysunku poniżej.

umowa 2

No i czy nie jest tak lepiej? Znacznie lepiej.

Omówmy ten pierwszy, barokowy wręcz dokument (ile takich potworów kancelaria pani notariusz naprodukowała w tamtych czasach? Strach pomyśleć…)

Gotyk, jak już wspominaliśmy, ma dziś znaczenie historyczne, służy ozdobie, i to raczej w drukach akcydensowych. Za naszą zachodnią granicą spotyka się go w takich kontekstach dość często. Ale zastosowanie gotyku we współczesnym akcie notarialnym wzbudza parsknięcie śmiechem. Całe szczęście, że wiarygodność takiego aktu nie zależy od wrażenia powagi biura notariusza.

Linijka trzecia i czwarta: nie bardzo rozumiem, dlaczego autor nagle postanowił wyróżnić pewne słowa przez zastosowanie pisma pochyłego. To znaczy właściwie— domyślam się dlaczego. W ten sposób chciano dodać dokumentowi powagi. Tej samej powagi, którą niechcący odebrano w linijce pierwszej. W tym nowszym akcie notarialnym wyróżniono jedynie nazwisko notariusza, co ewentualnie można jeszcze usprawiedliwić.

Otóż wiem, że  nie znam się na dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach dziedzin życia. Ale takie znawstwo wcale nie jest potrzebne. Chciałbym, by Czytelnik postawiony przed koniecznością złożenia poprawnego estetycznie i typogracznie dokumentu zawsze sobie poradził.

Chęć zastosowania nęcącego kroju pisma albo możliwości pochylenia górowała w tych omawianych  przykładach nad potrzebą. A skoro w tym nowszym akcie notarialnym nie trzeba było podkreślać tylu słów, prosty i pewny jest wniosek, że nie trzeba było tego robić także i w starszym dokumencie w analogicznych fragmentach. Jak widać na rysunku, czytelność faktów opisywanych w tekście wcale na tym nie ucierpiała.

Linijka piąta: chęć podkreślania nadal zwycięża. Dla uwypuklenia nazwiska zastosowano równocześnie:

  • większy stopień pisma,
  • pismo pochyłe
  • i jeszcze pochylenie tego pisma pochyłego.

Trzy w jednym! Lepiej od szamponu…

Ten sam sposób uwypuklenia zastosowano jeszcze kilka razy. Im jednak więcej jednoczesnych środków podkreślenia, tym czytelność tekstu… mniejsza. Za to wrażenie amatorszczyzny wzrasta. A litery za chwilę chyba przewrócą się na prawy bok, niewiele im brakuje. Ciężki przypadek!

W akapicie Tożsamość[…] odnajdujemy ślady maszyny do pisania: proszę zauważyć znaki za cyframi odnośników do kolejnych pozycji. Tak, stary znajomy ukośnik. Zamiast nawiasu. My tymczasem wiemy już doskonale, że jedynymi dopuszczalnymi znakami po cyfrach byłyby kropka albo prawy nawias:

ad 1. lub ad 1)

Ale tego rodzaju twórczość należy już do przeszłości. W kancelarii pojawił się nowy program edytorski (może Word), zmieniły się chyba kryteria estetyczne. Cóż, wszyscy się rozwijają. Ja także parę lat temu popełniałem mnóstwo błędów natury typogracznej i estetycznej. Mam jednak w moim otoczeniu wspaniały zespół ludzi, tak jak ja — niefachowców, jednak wrażliwych na komunikatywność i estetykę tworzonych dokumentów. Być może coś podobnego ma miejsce w kancelarii notarialnej pani Elżbiety. Czy możemy się jednak do czegoś przyczepić w najnowszym dokumencie?

Możemy. Nadal w niektórych miejscach zastosowano zbyt dużo podkreśleń, tym razem mamy jednak nie „trzy w jednym”, a „trzy obok siebie”. Większość tekstów została złożona normalną odmianą Timesa (a jakże inaczej!), natomiast imiona stawających odmianą półgrubą. To nie grzech. Ale po co nazwiska złożono większym stopniem, i to także półgrubym pismem? Mamy więc lekką odmianę eklektyzmu. Można rzec — napięcie u czytelnika naszego aktu notarialnego rośnie:

napięcie rośnie

i znów napięcie nagle spada do poziomu pisma normalnego.

Tu wtrącę opis pojemności butelki szamponu, jaki kiedyś kupiłem. Reszta etykiety jest teraz nieistotna, ale zawartość płynu (pojemność) podaje ona za pomocą takiego (mniej więcej) komunikatu:

1 litr 1

Jaka śmieszna „równia pochyła” wytworzyła się z górnych krawędzi znaków! To zapewne efekt nieświadomy. Autor miał swoistego pecha, że litery słowa „litr” mają taki opadający wygląd — każda kolejna jest niższa od poprzedniej. Ale nie zauważył tego i nie zmienił pisma z Optimy na jakiś inny, niedający tego efektu. Na przykład znana nam już Tahoma jest tu zupełnie znośna:

1 litr 2

A gdyby jeszcze zrezygnować z chęci zupełnie niepotrzebnego uwypuklania jedynki, i to na dwa sposoby: przez zastosowanie pogrubienia i zwiększenie stopnia pisma, efekt byłby jeszcze lepszy. Zwłaszcza np. w Arialu:

1 litr 3

Kolejna rzecz w naszym akcie notarialnym: przy podawaniu numerów dowodów osobistych znów posłużono się ukośnikami zamiast nawiasami lub kropkami.

Na zamieszczonych reprodukcjach nie widać jeszcze jednej wady. Bardzo często zdarza się błąd omówiony w rozdziale drugim: otaczanie przecinka spacjami. Niestety, skoro przesłoniłem tyle danych osobowych na tych rysunkach (z oczywistych względów), zamaskowałem ten efekt. Proszę mi więc uwierzyć na słowo i pamiętać, iż nie po każdym słowie należy „mechanicznie” (bezmyślnie) wciskać spację, czasem trzeba wcisnąć wówczas przecinek czy inną „przeszkadzajkę”.

I ostatnia sprawa, nieco odmiennej natury. Chodzi mi o sposób podawania adresu stawających. Przytoczę go na zmyślonym przykładzie, analogicznym do zasłoniętego fragmentu reprodukowanego aktu notarialnego:

Janina Kowalska, zamieszkała w Wólce Niedużej (99-993), przy ulicy Wysokiej numer 5

Tak objawia się w przypadku pani rejent powszechna nieznajomość obowiązującego sposobu podawania adresów. Należy ubolewać, bo jest to jeszcze jeden przykład wrodzonego bałaganiarstwa Polaków. Mam na myśli fakt, że zmianę sposobu podawania adresów przeprowadzono w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Minęło już prawie 45 lat, a Polacy nadal po swojemu; uparli się, że będą najpierw podawali miejscowość, a potem ulicę. Tak, jak było przedtem (przed wprowadzeniem kodów) kolejnością obowiązującą.

Oczywiście przyznaję, że w potocznej mowie jest to kolejność oczywista. My jednak nie zajmujemy się przekazywaniem myśli za pomocą mowy, lecz pisma. Jeżeli więc trzydzieści lat temu postanowiono urzędowo, że kolejność elementów adresu jest taka:

kody

to kierowano się potrzebą wysunięcia do najbardziej skrajnej linijki tych elementów, które decydują o sprawności przesłania przesyłki do właściwego pocztowego urzędu oddawczego. Proste, prawda? To samo wprowadzono w większości krajów europejskich. Różnica w mentalności powoduje, że w tamtejszych społeczeństwach praktycznie zawsze zobaczymy adres podawany w przepisowej kolejności, natomiast u nas praktycznie zawsze zobaczymy adres podawany w kolejności przestawionej.

A dlaczego to w ogóle jest ważne? Bo uporządkowanie sobie i innym życia jest zawsze ważne. Ale przede wszystkim wprowadzając w piśmie takie „usprawnienie”, mające najpierw przedstawić czytelnikowi miejscowość, a potem ulicę, powodujemy u odbiorcy zamieszanie. Chcąc bowiem skorzystać z podawanego przez nasz tekst adresu i umieścić go na kopercie, nasz czytelnik musi odwrócić samemu kolejność tych elementów — ulicy i miejscowości. Część tego nie robi, bo także nie zna zasad prawidłowego adresowania, a to utrudnia Poczcie sortowanie i dostarczenie przesyłki, czasem też opóźnia ją wyraźnie. I tyle „dobrego” wynika z nasze uporu, by najpierw podawać miejscowość a potem ulicę. Jest to jeden z licznych przykładów „ułatwienia w celu utrudnienia”, jakie bezmyślnie stosujemy.

Do tego prowadzi to do takich cudów, jak np. urzędowe pieczątki w stylu:

w Wólce

Dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy w Wólce Niedużej. Śmieszne, czyż nie? A przecież spotykane powszechnie.

Albo często spotykany dodatek słowa „kod” przed cyframi oznaczenia kodowego: „kod 99-993 Wólka Nieduża” — żeby się ktoś nie pomylił i nie wziął tych pięciu cyferek za np. numer koszuli adresata. A w tym wszystkim największe zdziwienie budzi fakt, że Poczta Polska ani kolejne ministerstwa o zmieniających się nazwach lub Urząd Komunikacji Elektronicznej nie potrafiły społeczeństwu wytłumaczyć, na czym polega prawidłowe adresowanie i do czego służy. Wzór prawidłowo zaadresowanej przesyłki nalepiony na skrzynce pocztowej nie wystarczy, bowiem mówi jak należy to robić, a nie mówi, że inaczej nie należy. Poza tym, gdy podchodzimy do skrzynki, mamy już adres napisany.

A z tej dygresji możemy wyciągnąć wniosek dla siebie: zastanówmy się tworząc jakiś dokument, jak należy ująć w nim myśli, by były czytelne. Przestrzegajmy ustaleń obowiązujących w danej branży. I nie stosujmy nielogicznych zwrotów. Proszę porównać napis o kluczu od windy zamieszczony we wstępie: a co to znaczy, że klucz można otrzymać „pod numerem mieszkania”? Czy to analogia do klucza pod wycieraczką?

No tak, przecież wiem, o co chodzi w tym tekście. Jednak jedynie poprawnie należało napisać, iż można ten klucz otrzymać „w mieszkaniu numer XXX”. Jeszcze jedna podobnie nielogiczna kartka wisiała w przedsionku mojego bloku (tym razem pisana ręcznie, ale też każde słowo jest innym kolorem, autor zapewne ten sam): komunikuje, że „drzwi od domofonu należy zamykać”. A gdzie domofon ma drzwi? Autorowi pomieszała się przyczyna ze skutkiem — to domofon jest przy drzwiach wejściowych, a nie drzwi przy domofonie. A w ogóle to urządzenie jest bramofonem, domofon to coś zupełnie innego!

Dobra, odpuszczam to.

Jednak teraz kolej na dokument innego rodzaju. Oto przed nami nowoczesny przedmiot, jakim jest elektroniczna karta zwana „czipową” do opłacania postoju w centralnych częściach miasta. Karta taka już parę lat temu przestała być używana, a jeszcze dawniej (na szczęście) zmieniła wygląd. Ale niech nam służy jako ostrzeżenie…

karta parkingowa czarny

Na płaszczyźnie o rozmiarach 85 × 53 mm użyto — policzmy razem, pomijając sygnaturę Zarządu Dróg Miejskich:

  • trzech krojów pisma, w tym Times New Roman i jakiegoś pisma rodem z secesji, chyba Benguian;
  • dwóch kolorów (czarnego oraz czerwonego w przypadku ceny);
  • czterech stopni w tekstach złożonych Timesem;
  • dwóch rodzajów pisma: prostego i kursywy;
  • dwóch odmian pisma: pogrubionego we fragmentach składanych Timesem, zwykłego przy nazwie instytucji złożonej Arialem.

Po pobieżnej nawet analizie zauważam, że autor składu tego akcydensu (z tworzywa sztucznego, a nie z papieru, aleć to zawsze akcydens) umiał używać programu edytorskiego na wyższym poziomie, niż przeciętny. Po czym tak wnioskuję?

Proszę w wolnej chwili zrobić próbę i otrzymać na ekranie lub wydruku teksty jak najbardziej podobne proporcjami do reprodukowanej karty. Nie uda się bez „metod specjalnych”. Bowiem przynajmniej część napisów składowych została złożona z niestandardową szerokością pisma. Nie chodzi o odmianę półgrubą czyli bold — tę zastosowano swoją drogą.

Szerokość pisma mierzymy tym słowem testowym, które pojawiło się już na stronicy 50. Składamy „słowo” testowe OHamburgefonsz badanym krojem w stopniu 10 punktów, po czym mierzymy szerokość próbki na wydruku. Jeżeli wynosi ona między 30 a 35 milimetrów, mamy do czynienia z szerokością normalną. Pisma wąskie dają próbki o szerokości 25–30 mm, bardzo wąskie: <25 mm, szerokie: 35–40 mm, a bardzo szerokie >40 mm.

Oczywiście domyślnie każdy program edytorski używa pism o szerokości normalnej.

Próby analizy prezentowanej karty parkingowej wykazały, że fragmenty z ceną i adresem biura zostały złożone pismem zwężonym do ok. 86%, a nazwa ZARZĄD DRÓG MIEJSKICH W POZNANIU została złożona półgrubym Arialem poszerzonym do ok. 115% i do tego ze zwiększoną o jakieś 0,5 punktu gęstością.

Gęstość pisma to po prostu liczba znaków na powierzchni tekstu. Wpływa w oczywisty sposób na czytelność tekstu (zwłaszcza po przekroczeniu pewnej subtelnej granicy), ale też manipulując gęstością można uzyskać odpowiedni graficznie jego układ. W praktyce gęstość regulujemy albo zmieniając odstępy między znakami na karcie Odstępy między znakami menu Czcionka…, albo zmieniając interlinię na karcie Wcięcia i odstępy menu Akapit….

Autor projektu tej karty potrafi racjonalnie posługiwać się dostępnymi mu narzędziami, aby uzyskać zamierzony cel. W tym przypadku było nim zapewne pomieszczenie poszczególnych partii tekstu w dostępnej przestrzeni. Pokusiłem się o odtworzenie zestawu napisów na karcie za pomocą Worda, do czego musiałem użyć, podobnie jak autor oryginału, różnych kombinacji zmian gęstości i szerokości. Oto efekt:

replika karty
Kliknij dla powiększenia

Udana próba zreplikowania przez mnie istniejącego dokumentu ilustruje tezę:

Prawie zawsze jesteśmy sobie w stanie poradzić z postawionym zadaniem dopasowania układu składanego przez nas tekstu do zastanych warunków i wymagań. Wymaga to jednak odstąpienia od stosowania wyłącznie nastaw domyślnych programu edytorskiego.

Przyda nam się to niebawem przy profesjonalnym składzie tekstów „do czytania”.

Widzimy jednak, że autor karty nie ustrzegł się od przesady w różnicowaniu i to właśnie zagadnienie postanowiłem omówić krytycznie. Na rysunku 10. nieco wyraźniej niż na reprodukcji możemy przyjrzeć się zbytecznemu bogactwu stylów napisów:

Linijka pierwsza: nazwa instytucji wydającej kartę. Absolutnie poprawna, nie ma się do czego przyczepić.

Linijka druga: tytuł dokumentu. Zastosowanie ozdobnego pisma Benguian (znanego też jako Benguiat lub Bangkok) jest przesadą, podobnie jak gotyk w tytule aktu notarialnego na wcześniejszym rysunku. Z pewnością razi mniej, ale też chyba jest efektem zafascynowania się graka projektanta możliwościami składu komputerowego. Ten krój przeznaczymy w naszych pracach raczej na asz, niż do akcydensów użytkowych czy tekstów „do czytania”.

Linijka trzecia: miasto, w którego automatach karta jest ważna. Oczywiście chęć do czytelnego wyodrębnienia tego słowa spośród reszty treści jest całkowicie zrozumiała, ale dlaczego kursywą? I to pogrubioną! Pomimo docenienia przeze mnie umiejętności graka operowania narzędziami programu edytorskiego na wyższym poziomie, ten akcent graczny muszę uznać za nieprofesjonalny.

Połączenie kursywy z pogrubieniem… Drogi Czytelniku, proszę, zapamiętaj odtąd, że połączenie pogrubienia i pochylenia pisma może wystąpić w Twoich tekstach, powiedzmy — raz na kilkanaście miesięcy! Nie częściej. Połączenie obu sposobów podkreślania (czyli wyodrębniania) jest odpowiednikiem masła maślanego i rzadko kiedy ma jakieś racjonalne uzasadnienie. Jest przede wszystkim, powtórzę to kolejny raz, przejawem bezmyślnej fascynacji narzędziem, z którą to fascynacją należy zerwać.

Linijka czwarta: osobiście złożyłbym informację o cenie inaczej. Trudno mi narzucać jakiś wzór estetyczny, ale od paru minut uparcie przychodzą mi do głowy porównania z banknotami. W tym przypadku artysta grak także dysponuje stosunkowo małą powierzchnią, do tego często musi rozmieścić jakieś elementy niezbędne na banknotach, a cały prostokąt jest „upstrzony” tzw. giloszami. I pomimo to obraz banknotu nie sprawia wrażenia chaosu; wręcz przeciwnie, wyłania się z tego jakieś miłe dla oka uporządkowanie. Informacje tego rodzaju, jak na naszej karcie parkingowej są jednocześnie czytelne i nie agresywne. Tekst z ceną karty jest agresywny. Tak, chyba banknoty są dobrym wzorcem estetyki druków pewnego rodzaju.

A sama cena 50 złotych aż krzyczy. Właściwie nic nie mogę dodać do tego, co napisałem w poprzednim akapicie. Tak się tego rodzaju informacji nie powinno składać.

Do tego trzykrotnie powtórzony błąd: po symbolu waluty ‘zł’ nie należy stawiać kropek. Jest to bowiem właśnie symbol waluty, a nie skrót słowa ‘złotych’. Coś jakby jednostka przy podawaniu wielkości zycznych.

Linijka ostatnia: tu już nie ma szczególnie ważnych uwag. Jednak i tego fragmentu osobiście nie składałbym pogrubionym Timesem.

A w ogóle proponuję przyjrzeć się reprodukcji dokumentu podobnej rangi wydawniczej, jak karta parkingowa. Biorę pierwszy lepszy, jaki wszedł mi pod rękę, a pochodzący z zagranicy. Oto okładka pewnego miniaturowego wydawnictwa dla turystów odwiedzających Berlin i Poczdam. Korzystanie z tej książki dodawanej do pewnego rodzaju biletów komunikacji publicznej daje turyście wiele rabatów, ale nie o to chodzi. Jest to przykład akcydensu masowo przedostającego się do publiczności, dokumentu niewielkiego formatu, w którym jednak trudno dopatrzyć się braku umiaru. Wszystko jest czytelne i estetyczne, a przy tym ani razu nie posłużono się Timesem czy Arialem — czyli tymi krojami, które u nas jakoś same „cisną się pod klawisze”.

Potsdam

Pismo szeryfowe, jakim jest nasz ulubieniec Times, w ogóle nie występuje na tej okładce (pomijam litery tworzące słowo POTSDAM, bo wraz ze stylizowanymi tarasami parkowymi tworzą niepodzielną na elementy sygnaturę tego miasta). Nie ma szeryfów, bo w tym niewielkim formacie przeszkadzają. Co innego duży plakat albo opis eksponatu na wystawie. Jeżeli np. tytułowi pracy towarzyszy większy fragment tekstu, pismo szeryfowe, zwłaszcza nieco bardziej eleganckie, jest całkowicie na miejscu.

Mam nadzieję, że nasze dotychczasowe rozważania wyrobiły już u Czytelnika niechęć do wszędobylskiego Timesa; to samo dotyczy Ariala, który na tej liście zajmuje drugie miejsce. Pozostawmy więc oba kroje w tych miejscach, do których pasują, a wyrzucajmy je z takich, w których znalazły się jako efekt ustawień domyślnych.

Tak dobrnęliśmy właśnie do problemu ustawień domyślnych (= bezmyślnych), czyli owej sztampy z tytułu tego rozdziału. A jest to problem niebagatelny; mieliśmy już okazję go poruszyć, wskazywałem wtedy na korzyści z manipulowania ustawieniami.

Wiemy, że ustawienia domyślne w programach edytorskich dają rezultaty poprawne w tym znaczeniu, iż takie teksty dają się przeczytać i tym samym spełniają swoją rolę. Ale spełniają ją na tej samej zasadzie, co np. obcęgi, którymi wbiliśmy gwóźdź. Ten gwóźdź będzie tam tkwił może dziesiątki lat, ale… obcęgi w zasadzie służą do wyciągania gwoździ, a nie ich wbijania. Obcęgi w roli młotka są tu odpowiednikiem ustawień domyślnych, którymi da się załatwić sprawę, ale jakość działania mocno na tym cierpi — wbijanie gwoździa młotkiem jest jednak bardziej fachowe. Manipulowanie ustawieniami edytora tekstu — też.

A co to jest w ogóle „ustawienie domyślne”?

To zespół tych ustawień w programie edytorskim, jakie zastajemy tuż po jego instalacji w systemie operacyjnym. Możemy wyróżnić przynajmniej dwie grupy ustawień domyślnych: mające wpływ na wygodę obsługi (np. układ pasków narzędziowych, animacje, dźwięki, asystent itp.) oraz ustawienia wpływające na wygląd tworzonych dokumentów.

Te pierwsze zostawmy sobie na inną okazję. Mam zamiar niedługo podać trochę porad mogących usprawnić korzystanie programu, zwłaszcza Czytelnikom, którym był dedykowany wstęp numer dwa do tej książki. W tej chwili najważniejsza będzie analiza i zwalczenie nachalnych ustawień domyślnych atrybutów tworzonego tekstu.

A czy ustawienia domyślne mogą być pożyteczne? Mogą, jeśli na jednym komputerze pracuje bez przelogowania więcej niż jedna osoba, zwłaszcza gdy ta maszyna służy do prac dorywczych i nie opłaca się personalizacja Worda „pod” jednego użytkownika, bo pozostali mogliby się czuć pokrzywdzeni.

Dalej: w przygotowaniu

Poprzednio: 8. Czcionki i fonty – podstawowy budulec tekstu

Oto witryna przedstawiająca różności z mojego życia zawodowego i prywatnego, w tym bieżące działania i możliwości twórcze, jakich nabyłem w trakcie ponad dwudziestu lat pracy zawodowej. Moim zawodem jest telekomunikacja radiowa, a moim „narzędziem pracy” jest informatyka stosowana.

%d blogerów lubi to: